Singapur

Singapur to jedno z najciekawszych państw świata. Z jednej strony małe państwo, ale wielkie miasto, jedno z najbogatszych, rozwijające się w ekspresowym tempie, nazywane „tygrysem Azji”. Z drugiej – państwo-miasto pełne zakazów, które europejskim turystom wydają się wręcz absurdalne.

Singapur

Zimne fakty gorącego miasta

Singapur został założony przez Brytyjczyków w 1819 i uzyskało niepodległość w 1965 roku. Nazwa metropolii wywodzi się od dwóch sanskryckich słów: singa – oznaczające lwa i pura – miasto. Bardzo często o Singapurze mówi się „miasto lwa”. Zwierzę to jest jego nieodzownym symbolem. Konkretniej Merlion, czyli mityczny stwór z głową lwa i ciałem ryby. Przechadzając się po mieście, nie sposób nie zauważyć tego symbolu. Miasto jest jednym z największych portów i centrów finansowych świata. Singapur to najbardziej – po Japonii – rozwinięte państwo Azji.

Wilgotność w Singapurze wynosi około 75 – 80%, a w porze deszczowej sięga niemal 100%. Sprawia to, że dla przybyszów z Europy aklimatyzacja w tym małym państwie bywa trudna. Wszystkie surowce, a w szczególności woda, sprowadzane są z sąsiednich krajów. Mieszkańców jest tak wielu, że Singapur należy do najbardziej zaludnionych państw świata, ale dzięki ich różnorodności religijnej Nowy Rok obchodzony jest aż cztery razy. Metropolię cechuje duży pluralizm religijny, a główną grupą etniczną są Chińczycy.

 

Złota klatka?

Turyści często określają Singapur jako raj. Miasto jest niesamowicie nowoczesne. Metrem dotrze się praktycznie wszędzie, a co dwa miesiące powstaje nowa stacja. Pośród wieżowców, które mieszczą siedziby największych banków świata, jest wspaniała marina, piękne ogrody, a sama metropolia to najbezpieczniejsze i najczystsze miasto świata, jednakże…

Singapur to państwo-miasto trochę utopijne, niby „mlekiem i miodem płynące”, a pełne zakazów i nakazów, wymagające od swoich mieszkańców, a także turystów pełnego oddania i posłuszeństwa. Na każdym kroku paragrafy, kary, żelazne zasady. Od znaków zakazu i nakazu z podanymi sumami kar może przeciętnego turystę rozboleć głowa i porządnie wyszczuplić portfel.

Najsłynniejszy zakaz, który od razu kojarzy się z Singapurem, to zakaz sprzedawania, posiadania i żucia gumy. Zakaz ten wziął się podobno z kosztów oczyszczania aglomeracji z wszechobecnych wyplutych gum, a także od awarii metra. Singapurskie metro to duma miasta, więc kiedy zostało sparaliżowane poprzez zaklejenie czujnika gumą, zakończyło się całkowitym embargiem na gumę do żucia oraz na zakaz jedzenia i picia na ulicach miasta i w metrze. Oprócz tego jest zakaz palenia, plucia, przechodzenia w niedozwolonych miejscach, wyrzucania śmieci i kara za… niespłukanie wody w toalecie. Na dzień dobry na lotnisku każdy przybywający dostaje kartkę z informacją, że za podsiadanie narkotyków grozi kara śmierci. Singapur jest państwem cenzurowanym. Tutejsze służby bacznie obserwują wszystkie media.

 

Singapur oczami turystki

Wychodzisz z samolotu i masz wrażenie, że pogoda cię zabija. Jest duszno, parno, słońce piecze niemiłosiernie. Z duszą na ramieniu, w końcu już dostałam kartkę z informacją o karze śmierci za narkotyki, i wiedzą w głowie, że Singapur z kar słynie, idę do kontroli i przeżywam pierwszy szok. Lotnisko wygląda jak galeria sztuki. Wymuskane na każdym kroku: dywany, cudne kompozycje kwiatowe, obrazy… A ciebie wita uśmiechnięty od ucha do ucha celnik, który pomaga jeszcze po kontroli ci się spakować, jest niesamowicie uprzejmy, że zastanawiasz się „o co chodzi?”, niby zewsząd w Internecie straszą singapurskim prawem, a z drugiej trafiasz na najmilszą, najsprawniejszą obsługę lotniska na świecie. Kiedy dotarłam metrem do centrum, przeżyłam szok numer dwa. Szczęka dosłownie opada. Miliony świateł miasta, grające fontanny w marinie, futurystyczne ogrody miejskie. Bardzo czysto. Bardzo nowocześnie. Czy przeniosłam się w przyszłość?

Singapur – zakazane miasto

Jaki Singapur jest naprawdę? Na pewno nie da się poznać go w ciągu kilku dni. Czasami miałam wrażenie, że tych wszystkich zakazów bardziej boją się turyści niż sami mieszkańcy. Z rozmowy z poznanym w metrze mieszkańcem Singapuru udało mi się dowiedzieć, że idą zmiany, bo młodsze pokolenia zaczynają się buntować przeciwko wszechobecnym zakazom. I faktycznie widziałam na własne oczy palących pod znakiem zakazu, pijących i jedzących w metrze. Fakt – zliczyłoby się ich na palcach jednej ręki, ale gdzieś może tli się iskierka buntu. Czy dobrze? Nie wiem. Czystość i ład naprawdę zachwyca. Kto choć raz wdepnął w psie odchody czy gumę na chodniku, będzie wychwalał pod niebiosa panujący singapurski porządek. Jednak miało się trochę wrażenie sztuczności miasta, dziwnej przyszłościowej kreacji, gdzie każdy krok jest pilnowany do granic możliwości. Odwiedzając dzielnice chińskie czy indyjskie, nie opuszczało mnie  uczucie, że w pewnym sensie odarto je z ich autentyczności. Singapuru byłam niesamowicie ciekawa. Zewsząd bombardowały mnie same superlatywy tego państwa-miasta. Jednak nawet teraz, pomijając aspekty polityczne i łamanie praw człowieka, nie do końca mogę pozbyć się równocześnie uczucia zachwytu jak i uczucia, że Singapur jest pewnego rodzaju nienaturalnym tworem, utopią.

Co warto zobaczyć?

Przede wszystkim wizytówkę Singapuru – Gardens by the Bay – kosmiczne ogrody przyszłości. Największą atrakcją są oczywiście tzw. Super Trees, czyli samowystarczalne drzewa, zasilające ogród poprzez zbieranie deszczówki i energii słonecznej. Między drzewami można spacerować bezpłatnie, ale by przejść ścieżką w koronach drzew, należy zaopatrzyć się w bilet. Płatne są kolejne atrakcje ogrodów, czyli Flower Dome – ogromny pawilon z tysiącem kwiatów z różnych stron świata, i Cloud Forest – pawilon z wodospadem i roślinnością lasów deszczowych. Dla niezapomnianych widoków – Marina Bay Sands – najlepszy widok na metropolię z 57 piętra tego niesamowitego architektonicznie hotelu. Sentosa – wyspa rozrywkowo-wypoczynkowa, na której znajduje się między innymi park rozrywki Universal Studios, gdzie można między innymi poczuć się jak w bajce Shrek czy uciekać przez dinozaurami niczym w Jurassic Park. Merlion pół-lew, pół-ryba, symbol miasta. Dla duszy i podniebienia koniecznie Little India i Little China, choć z widzianych wszystkich przeze mnie chińskich czy indyjskich dzielnic, te w Singapurze były najmniej autentyczne, warto je zobaczyć choćby dla dobrego jedzenia, tanich pamiątek, kolorów i zapachów.

Singapur warto zobaczyć, choćby dla tej wizji przyszłości z jaką praktycznie każdemu, kto w Singapurze był, to miasto się kojarzy. I warto dla wyrobienia swojej własnej opinii. Jest też ciekawą odmianą, odskocznią od pobytu – tak, jak to miało miejsce w naszym przypadku – od Bangkoku.

P.S. Korzystaliśmy z noclegu w tym hotelu KLIK.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o