Kursy językowe za granicą. Warto!

Nowy Rok daje nową, czystą kartę. Chyba każdy podsumowuje na swój sposób minione miesiące i zaczyna pełen ekscytacji planować te nadchodzące. To, czy uda się wszystkie plany zrealizować jest już zupełnie inną kwestią, ale sam plan, przypomnienie sobie swoich marzeń, które gdzieś już powoli odchodziły w zapomnienie, daje kopa motywacyjnego. Moim takim odkładanym marzeniem była nauka języka hiszpańskiego. Ostatnio spotkałam koleżankę ze szkolnych lat, która kiedyś tak, jak ja marzyła o tym, aby umieć powiedzieć coś więcej niż no hablo espanol i dziś dziękuje sobie sama za to, że ożywiła to marzenie dużo wcześniej niż ja, bo zawsze miałam predyspozycje językowe. A jak to z językami u mnie jest?

How it started?
W podstawówce uczono nas języka rosyjskiego, ale ja wtedy marzyłam o jednym, aby zrozumieć, o czym śpiewa Michael Jackson. I tak z wyuczonym na blachę ałfawit uże my znajem, a w rytm przebojów Michaela, zaczęłam uczęszczać na lekcje języka angielskiego do prywatnego nauczyciela. Przyjeżdżał do szkoły po godzinach lekcyjnych, nauczał nas w małych grupach. Pecha miałam przeogromnego. Moja grupa niestety składała się z dzieci lokalnych bogaczy, które ładnie rzecz ujmując miały mój jacksonowy problem gdzieś i zamiast uczyć się ej bi ci, darły się  wniebogłosy, rzucały papierkami, a nauczyciela traktowały jak powietrze. Trochę pośród tego hałasu i harmidru jednak języka podłapałam. Kupiłam za kieszonkowy słownik i Michaela przetłumaczyłam.

What happened next?
Nastały czasy liceum. Wybrałam takie, w którym to do nauki były dwa języki obce: niemiecki i angielski, ze znaczną przewagą tego drugiego. I znów miałam angielskiego pecha. O ile pani od niemieckiego była rewelacyjnym nauczycielem, który naprawdę potrafił przekazać ogrom  wiedzy i nauczyła nas sprechen Deutch to od angielskiego okazała się całkowita porażką. Ani nie umiała utrzymać klasy w ryzach, ani czegokolwiek wytłumaczyć. Znów musiałam radzić sobie sama. Wtedy to korzystałam z internetu. Pobierałam jakieś darmowe testy, kursy, rozwiązywałam quizy i… jak najwięcej pisałam i rozmawiałam na czatach z obcokrajowcami. Ten ostatni sposób sprawił, że  nabrałam pewnej językowej śmiałości, musiałam szukać więcej słówek, uczyć się nowych zdań, po prostu sobie radzić.

We’re going to…
I nagle światełko w tunelu. Wyjazd na obóz. Mój kurs językowy zagranicą. Co prawda było to w większości zwiedzanie i to we Francji, ale język angielski, jak każdy wie, jest językiem międzynarodowym, więc choć ponoć Francuz Anglikowi raczej wilkiem, to właśnie tutaj odbyła się moja językowa szkoła życia. Nie tylko jako najbardziej wygadana po angielsku z grupy kupowałam lody i zakazane trunki, ale też naszym opiekunem była anglistka z liceum (nie ta moja, tylko nauczycielka innych klas).  Pani profesor wzięła mnie w obroty. Nie mylcie tego z jakąś karą. Broń Panie Boże! Ja byłam przeszczęśliwa, Zobaczyłam piękne miejsca, sprawdziłam się językowo za granicami kraju i jeszcze o wiele, wiele więcej się go nauczyłam.



University of life
Maturę z angielskiego zdałam na piątkę. Ten obóz językowy naprawdę dużo mnie nauczył. Musiałam używać języka podczas załatwiania normalnych, codziennych spraw, podczas zakupów czy żeby najzwyczajniej w świecie pogadać z rówieśnikami. Nabrałam pewności siebie, rozwinęłam się. Studia to ugruntowały, bo w końcu trafiłam na nauczyciela z prawdziwego zdarzenia. Utrwaliłam to, co zdobyłam samodzielnie i na obozie oraz nauczyłam się dużo innych zagadnień, np. języka biznesowego. Studia wymagały ode mnie dużo, jeśli chodzi o język. Mieliśmy ogrom zajęć tylko i wyłącznie po angielsku. Dziś bardzo to doceniam. Język angielski dosłownie zaczęłam chłonąć. Właśnie w tym okresie najwięcej czytałam książek po angielsku, oglądałam bez polskich napisów czy lektora seriale i filmy oraz sama zaczęłam napisy tłumaczyć. Michael Jackson nie miał przede mną już tajemnic.


Work, work baby!
W pracy język angielski był mi potrzebny praktycznie na dzień dobry: najpierw we firmie transportowo – spedycyjnej, a potem we firmie związanej z branżą odzieżową i tutaj chyba nie było dnia ani godziny, w której nie używałabym głownie języka angielskiego, ale też niemieckiego. Wiecie, co dawało mi największą satysfakcję? Że podczas wyjazdów służbowych, ja naprawdę sobie radziłam. Potrafiłam pogadać o interesach, ale też o podróżach, sporcie, nawet polityce. I kontrahenci chcieli ze mną rozmawiać, rozumieli mnie, nawet ci z Anglii (!) i ja te rozmowy uwielbiałam, i to że stawałam się taką śmiałą osobą. Ale nie da się ukryć, że byłam obeznana mową z obcokrajowcami dzięki licealnemu wyjazdowi na obóz. Bądźmy szczerzy. Na wyjeździe musisz sobie radzić. Musisz słuchać, dopasowywać, mówić. Nic nie jest lepszą szkołą. Z czasów „odzieżowej pracy” mam też przyjaciela, właśnie z zagranicy, gdybym nie umiała się wygadać, dziś nie miałabym miliona wspomnień i kolejnych przed sobą.

Travel is everything
Nie wyobrażam sobie mojego życia bez podróży. Chyba bym się udusiła. Dla mnie podróżowanie jest oddychaniem. Znajomość języków, a zwłaszcza angielskiego, bardzo ułatwia mi życie. Zdecydowanie odejmuje stresu, rodzi nowe znajomości, otwiera zamknięte drzwi i to dosłownie (historia ominięcia kolejek w poście o Paryżu). To, że dziś umiem posługiwać się  językiem angielskim (i innymi, choć te w mniejszym stopniu), to zasługa: A mojej determinacji, B wyjazdu zagranicznego i nauki języka na obczyźnie, C pani profesor ze studiów i tego, jak bardzo rozpaliła tlący się we mnie ogień do angielskiego.

Como estas?
Dziś hiszpański znam z telenowel. Naprawdę! Byłabym świetnym świadkiem na hiszpańskiej policji, bo zasób słów dotyczących intryg i morderstw mam szeroki. Swoją znajomość hiszpańskiego wykorzystałam na Dominikanie. Nie będę ukrywać, że mamajuana bardzo pobudza językowo, if you know what I mean 😉 Nagle potrafiłam dogadać się o drogę, pochwalić piękno córki sprzedawcy, targować się niemiłosiernie, zamówić obiad, pospierać się o wyższości jednego piłkarza nad drugim. Ale mamajuaną na co dzień się wspomagać nie będę, więc najwyższy czas w końcu zrealizować językowe marzenie.
Warto uczyć się języków. Warto czytać, oglądać filmy, mówić, przybywać z obcokrajowcami, korzystać z kursów zagranicznych.  Przede wszystkim języków używać! Warto uczyć się mądrze.

*post powstał we współpracy z ATAS kursy językowe za granicą

4 komentarze

  1. Język ważna rzecz, to bez dwoch zdań. Jakis czas temu uczylam sie hiszpanskiego, niezle mi szedl nawet, ale niestety zaniedbalam, nie wiem kiedy do niego wroce, bo czasu brak na cokolwiek przy dwuletnim dziecku, ale kto wie…? moze keidys znow hablo espanol 😉
    Pozdrawiam, Aga z viva-elmundo 😉

Dodaj komentarz